Wynik lepszy od gry i kompromitacja w końcówce – słowo po rewanżu Lech – Vikingur.

Dziś miejsce miał rewanżowy mecz Lecha z Vikingurem. Po pierwszym meczu na Islandii atmosfera wokół drużyny „Kolejorza” była naprawdę tragiczna. Drogie bilety na rewanż, fatalny styl i wróciły stare, choć zdecydowanie nie dobre dyskusje o zwolnieniu Johna van den Broma. O wadze tego meczu w kontekście zachowania posady szkoleniowca Lecha wiedział także sam zainteresowany, bo w przedmeczowym wywiadzie dla TVP Sport jasno stwierdził, że „We have to win” (eng. „musimy wygrać”). Na konferencji prasowej przed spotkaniem przekonywał także, że jest w stu procentach pewny o awansie Lecha, co jednak nie przełożyło się na boisko, bo podczas spotkania były momenty, kiedy widmo ogromnej kompromitacji zaglądało Lechitom w oczy.

Słaby początek, ale z golami dla „Kolejorza”, czyli pierwsza połowa.

Pierwsza połowa nie zaczęła się zgodnie z oczekiwaniami kibiców Lecha. Od początku inicjatywę przejął Vikingur i praktycznie co chwilę stwarzał sobie nowe sytuacje. „Kolejorza” aż trzykrotnie ratować musiał Bednarek. Środek pola zespołu z Poznania praktycznie nie istniał, Murawski raził niedokładnością, a Karlström grał tak, jak od początku sezonu – przegrywał pojedynki siłowe, a krossy serwowane skrzydłowym przez Szweda nie mogły znaleźć odbiorcy. Jedyne, co funkcjonowało w drużynie Lecha w pierwszych 20 minutach to skrzydła, bo zarówno Skóraś jak i Velde naprawdę nie grali źle – wygrywali pojedynki szybkościowe z bocznymi Vikingura, a wrzutki, które serwowali Ishakowi wyglądały naprawdę dobrze. Jednak mimo wszystko pierwsze minuty zdecydowanie nie wyglądały tak jak zaplanował sobie to „Kolejorz”. W drużynie Lecha coś drgnęło w 32. minucie, kiedy to właśnie po jednym z dośrodkowań bramkę zdobył „poznański Benzema”, czyli Ishak. W tej akcji warto odnotować jednak podanie Joela Pereiry z początkowej fazy akcji, które zagrane było do Norwega w idealne tempo i z niesamowitą precyzją. Po tej bramce „Kolejorz” nabrał wiatru w żagle i tak jak Vikingur na początku meczu – kontrolował spotkanie, posiadał piłkę, co po raz kolejny poskutkowało bramką – tym razem gracza asystującego przy pierwszym golu – Velde. I przy tej sytuacji warto znów odnotować rolę prawego defensora Lecha, czyli Pereiry, bo wrzutki, którą obsłużył Norwega nie powstydziliby się najlepsi boczni obrońcy świata. Jak widać, po pierwszej połowie Lech schodził w naprawdę dobrych humorach i celem na drugą część gry nie była obrona rezultatu, ale kolejne bramki.

Zmarnowane sytuacje i upokorzenie w ostatniej akcji – druga część gry

Jednak druga połowa nie zaczęła się zgodnie z przewidywaniami telewizyjnych ekspertów i kibiców „Kolejorza” – już na początku drugiej części kontuzję złapał Milić, który dopiero co skończył rehabilitację po poprzednim urazie i zaczynał rytm meczowy. Jak na razie nie wiadomo jeszcze ile Chorwat będzie pauzował. Mimo ostatniej akcji drugiej części meczu, trzeba przyznać, że to drużyna „Kolejorza” miała inicjatywę nad meczem. Błyszczeli skrzydłowi, poprawił się nawet środek pola, z Amaralem na czele. Portugalczyk stworzył sobie całe multum sytuacji sytuacji, jednak nie wykorzystał żadnej, co m.in. poskutkowało bramką dla Vikingura w ostatniej minucie, a nawet sekundzie meczu. Ten gol przelał czarę goryczy, a w pomeczowym pokoju na Twitterze #GłosLecha jeden z mówców stwierdził nawet, że ta bramka zdecydowała o najbrzydszym awansie Lecha do kolejnej rundy eliminacji do europejskich pucharów. Warto odnotować też ogromne i zauważalne błędy austriackiego arbitra – Weinbergera. Sędzia nie podyktował ewidentnego karnego dla „Kolejorza” w końcówce meczu i gdyby wtedy Lech podwyższył prowadzenie na 3:1, to byłoby już po meczu.

Bramka Marchwińskiego i kompromitacji ciąg dalszy – dogrywka

Jednak „Kolejorz” musiał jak najszybciej zapomnieć o kompromitacji z ostatnich sekund meczu, bo na zespół z Poznania czekało jeszcze co najmniej pół godziny grania na najwyższej instensywności. Atmosfera na stadionie przy ulicy Bułgarskiej momentalnie zrobiła się wręcz grobowa, a po chwili ciszy rozniósł się dźwięk przyśpiewki, która – delikatnie mówiąc nie pochwalała zaangażowania zawodników Lecha. A jeśli chodzi o sprawy boiskowe, to gra „Kolejorza” w dogrywce nie budziła wielkich zastrzeżeń, natomiast zdecydowanie nie był to jeszcze ten sam Lech co w zeszłym sezonie – szczególnie wiosną. O dziwo to krytykowany praktycznie bez przerwy Marchwiński popisał się pięknym uderzeniem, które łudząco przypominało to Mateusza Możdżenia w pamiętnym spotkaniu z Manchesterem City. Reszta spotkania układała się jeszcze bardziej pod dyktando „Kolejorza”, choć trudno mówić o udanym fragmencie meczu przy takiej kompromitacji, która miała miejsce jeszcze chwilę wcześniej. Później, arbiter po ręce obrońcy Vikingura podyktował karnego, który został wykonany przez Sousę naprawdę tragicznie. Jeśli chodzi o gorsze strzały z jedenastu metrów, to do głowy przychodzą mi tylko jakieś spektakularne strzały nad bramką w stylu Ramosa. Uderzenie było słabe i po ziemi. I choć później portugalski pomocnik odkuł się i w końcu zdobył bramkę, to myślę, że z szacunku do siebie i kibiców Lecha tłumił radość, bo mimo wyniku nie było się z czego cieszyć.

Zwalniać van den Broma, czy jednak nie…

I na koniec myślę, że warto krótko odpowiedzieć sobie na to pytanie. Według mnie na ten moment jeszcze jest za wcześnie, na zwolnienie, bądź co bądź jeszcze trenera Lecha. Natomiast jeśli zespół nie awansuje do grupy Ligi Konferencji Europy, to nie będę widział żadnych przeciwwskazań do zakończenia współpracy z holenderskim szkoleniowcem. W zespole atmosfera raczej nie jest najlepsza, a gra pozostawia wiele do życzenia. Odpowiedź na to, i wiele innych pytań poznamy po dwumeczu z Dudelange. Będą to spotkania, w których balonik wokół „Kolejorza” albo się powiększy, albo spektakularnie pęknie.