Transfer Lecha Poznań różne ma oblicza

Różni zawodnicy zasilali szeregi „Kolejorza” w ostatnich latach. Jedni czarowali techniką, inni strzelali sporo bramek i dzięki temu zostawali gwiazdami ligi. Ale zdarzały się też takie transakcje, które zdobywały miano niewypałów. Transfer Lecha Poznań zdecydowanie częściej oznaczał dla wielkopolskich fanów ból głowy, bo albo musieli czekać, aż zawodnik się zaaklimatyzuje i odpali, albo beż żalu po pewnym czasie odchodził z klubu. Oczywiście w dziejach drużyny pojawiały się „transferowe perełki” jak Rudnevs czy Jevtić. Postanowiliśmy  przypomnieć kilka przestrzelonych inwestycji w zawodników, którzy trafili na Bułgarską od czasu, gdy klubem rządzi holding Amica. Oto 5 z nich. 

Jan Zapotoka

Słowacki pomocnik podpisał kontrakt z „Kolejorzem” w sierpniu 2009 roku. W drużynie Jacka Zielińskiego rozegrał 14 meczów i nie zdobył żądnej bramki. Jednak zdążył zdobyć mistrzostwo Polski z Lechem w 2010 roku. Był to pierwszy tytuł zdobyty przez poznaniaków w XXI wieku, więc w jakimś sensie piłkarz zapisał się w historii klubu. Niczym specjalnym się nie wyróżniał, bo nie posiadał ani techniki, ani szybkości, ani strzału z dystansu. To bardziej było uzupełnienie składu niż jego wzmocnienie. W stolicy Wielkopolski największą popularność zdobył przez… jednego z fanów, bo zadzwonił on do wróżbity Macieja z zapytaniem, kiedy Jan Zapotoka zacznie dobrze grać w barwach Lecha. Oznaczało to, że irytacja kibiców na piłkarza sięgała zenitu. Ale nie był to jedyny transfer Lecha Poznań, który doczekał się śmiesznej medialnej otoczki. W 2012 roku ostatecznie się z nim pożegnano. Powrócił na Słowację, gdzie grał dla tamtejszych klubów, ale kariery nie zrobił.

https://www.youtube.com/watch?v=3COjtb-f9jI&t=14s

Joel Tshibamba

Ten transfer Lecha Poznań należał do tych z gatunku: szybkie uzupełnienie składu. Na Bułgarskiej spędził tylko rundę jesienną sezonu 2010/2011. Umowę z „Kolejorzem” podpisał w lipcu 2010 roku, a zaufanie zarządu zdobył, grając w barwach Arki Gdynia, bo w jej barwach strzelił aż 5 bramek. Miał pomóc drużynie w walce o Ligę Mistrzów i zadebiutował w meczu ze Spartą Praga. Fanów raziła jego nieskuteczność, bo jego rolą miało być zdobywanie bramek. Ta sztuka udała mu się w najtrudniejszym meczu sezonu. 21 października 2010 roku strzelił gola w meczu wyjazdowym LE z Manchesterem City. To był jedyny raz, gdy napastnikowi udało się umieścić piłkę w siatce w barwach Lecha. Bramka kontaktowa na 2:1 dała nadzieje drużynie na remis (zakończyło się 3:1). Gol ten przeszedł do historii, bo jeden z kibiców stworzył z niego krótki filmik z podkładem muzycznym do piosenki „Chihuahua”. Z pewnością „DJ Bobo” byłby dumny.

https://www.youtube.com/watch?v=BSO80a1lYOQ

Jose Maria Bakero

Bask to jedyny trener w naszym rankingu. Zdecydowanie można go podpiąć pod nazwę: „Nieudany transfer Lecha Poznań”. Na jego zakontraktowania bardzo duży wpływ miała przeszłość Hiszpana. Ex-piłkarz Barcelony, w Polonii Warszawa wykonał dość dobrą pracę. Umowę z „Kolejorzem” podpisał w dziwnym momencie, bo drużyna po dwóch zwycięstwach wychodziła z kryzysu. A jednak zapadła decyzja, aby pożegnać się z Jackiem Zielińskim. W debiucie pokonał Manchester City Roberto Manciniego. Później było już gorzej, bo słabe wyniki osiągane przez Lecha nie sprawiły, że jego pozycja w klubie była niezachwiana. Został odsunięty od pierwszej drużyny po inauguracyjnym meczu rundy wiosennej sezonu 2011/2012 (przegranym 4:0 z Ruchem Chorzów). Dowiedział się o tym w klubowym autokarze w drodze do Poznania. Zazwyczaj takie postępowanie zarządu uznawane jest za chamskie, ale Lech w ten sposób uratował mu skórę, bo wściekli kibice pod stadionem czekali na niego i szykowali mu „swojskie” podziękowania.

Muhamed Keita

Norweski piłkarz gambijskiego pochodzenia należy już do niewypałów duetu Rutkowski- Klimczak. Został sprowadzony latem 2014 roku i miał wzmocnić siłę ognia drużyny. Był rzucany na pozycję napastnika i skrzydłowego. Był szybki, zwinny, robił dużo szumu pod bramką przeciwnika, ale niewiele z tego wynikało. W koszulce „Kolejorza” wystąpił w 19 spotkaniach, strzelił 2 gole. Nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Zasłynął wywiadem udzielonym na wiosnę 2015 roku. Podpadł wielu poznańskim kibicom, bo stwierdził, że w Lechu jest za duża presja, która przeszkadza mu w rozwinięciu skrzydeł. Miał trudny charakter, ponieważ był uważany za „odludka”, a w drużynie trzymał się tylko z Zaurem Sadajewem. Były młodzieżowy reprezentant Norwegii po roku spędzonym w Polsce został wypożyczony do Stabaek Fotball. Później występował w innych rodzimych klubach, aż w końcu wyjechał do MLS. Papiery na gwiazdę polskiej ligi na pewno posiadał, ale nie potrafił tego potwierdzić na boisku.

Artur Rudko

To najnowsza historia związana z poznaniakami. Lechowi niezbędny był bramkarz, bo z klubem pożegnał się Mickey van der Hart. Filip Bednarek potrzebował konkurenta do bramki, więc wybór padł na Ukraińca. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że goalkeeper może okazać się wzmocnieniem. Postawny, dobrze zbudowany, potrafił ochrzanić kolegów po zamieszaniu we własnym polu karnym. Szybko okazało się, że to pozory, bo Rudko popełniał wiele błędów. Był/jest bramkarzem niepewnym, który nie gwarantuje spokoju na tyłach. Po dwóch miesiącach stracił miejsce w składzie. Artur jest symbolem (kolejnym) fatalnie działającego scoutingu Lecha w kwestii bramkarzy. Zawodnik „z promocji” nie jest w stanie zapewnić odpowiedniej jakości. Wątpliwe, aby to się nagle zmieniło. Ten transfer Lecha Poznań ukazuje minimalizm zarządu. W klubie nie ma mentalności zwycięzców, a sprowadzanie tego typu zawodników tylko to potwierdza. Przygoda Rudko z poznaniakami nie potrwa długo, ale nie zmieni to koncepcji zarządu do pozycji bramkarza.

Oszczędność nie przyniesie sukcesu

Wymieniliśmy tylko niektóre z wielu nieudanych transakcji „Kolejorza”. Widać ewidentnie, że Lech obiera drogę na skróty do sukcesu, bo nie chce zainwestować w drużynę. Albo chce, tylko robi to w sposób niewłaściwy, ponieważ wyszukuje zawodników tanich, którzy nie zagwarantują jakości. Takie kluby jak Łudogorec Razgrad, Viktoria Pilzno, Bate Borysów obrały konkretną ścieżkę do sukcesu. Zaczęły wykupować najlepszych zawodników w swoich ligach, a z zagranicy ściągnęły piłkarzy, którzy jeszcze bardziej podnieśli ich poziom sportowy. Lech postępuje dokładnie na opak- jak najmniej wydać za zawodników, bo przecież na polską ligę tacy Sykora, Goutas lub Awwad wystarczą. To minimalizm, który nie może się w żaden sposób opłacić. Czym dokładnie jest spowodowane takie podejście? Tego nie wie nikt i dlatego w Poznaniu coraz więcej kibiców domaga się dymisji zarządu. Kolejny strajk może być dla włodarzy klubu z Bułgarskiej ostatnim. W stolicy Wielkopolski fani są bardzo poważnym argumentem.

„Kolejorz” przez ostatnie dwa lata zarobił dość sporo pieniędzy, a wydawać ich nie chce. Legia Warszawa jest na minusie, ale poważnie inwestuje w zespół. Niedawno kontrakt z klubem podpisał Carlitos, który w piątek zapewnił zwycięstwo „Wojskowym” nad Stalą Mielec. Sam zawodnik mówił, że ich celem jest gra w Lidze Mistrzów, że powrócił do jednego z największych klubów w Europie. Oczywiście, że w tych słowach jest więcej ingerencji klubowych księgowych niż prawdy, ale nie przypominamy sobie, aby któryś z zawodników Lecha wypowiadał się w takim tonie. Hiszpan już się w Warszawie zaczął spłacać. Czy jakiś transfer Lecha Poznań działa podobnie? Czy o którymkolwiek z piłkarzy, którzy zasilili klub latem, można tak powiedzieć? Gdy duet Rutkowski- Klimczak obejmował stery na Bułgarskiej, zadanie miał jedno- wyprowadzić klub z tarapatów finansowych. To się udało. Teraz poznaniacy są najbogatszym klubem w Polsce, a zarząd sobie z taką sytuacją po prostu nie radzi.

Nie łatwa jesień przed klubem

W czwartek Lech zakwalifikował się do fazy grupowej LKE. Oznacza to kolejne fundusze dla klubu. Zła wiadomość jest taka, że drużyna będzie częściej rozgrywała spotkania co trzy dni. Aktualna kadra nie nadaje się nawet na PKO Ekstraklasę, co ukazuje tabela. W tej sytuacji przydaliby się tacy zawodnicy jak Pedro Tiba czy Dani Ramirez. Ofensywa zespołu znacznie straciła na sile przez odejście tych piłkarzy, bo Amaral jest cieniem samego siebie z poprzedniego sezonu. Brakuje mu (i nie tylko jemu) rywalizacji. Brak konkurencji powoduje spadek formy, bo wtedy dany zawodnik wie, że wystąpi w meczu, bo nie ma kto go zastąpić. Wszystko wskazuje na to, że czeka poznaniaków powtórka z przygody pucharowej sprzed dwóch lat. W tym tygodniu Lech musiałby przeprowadzić 4-5 transferów jakościowych, aby myśleć o grze na trzech frontach. A na to się nie zanosi.