Największy wygrany pierwszego sezonu LKE

Premierowy sezon Ligi Konferencji Europy dostarczył kibicom sporo emocji. Nie ma się co dziwić, bo to w końcu europejskie trofeum. Trzeba wiele się natrudzić, aby zakwalifikować się do finału tych rozgrywek. Aby rzetelnie ocenić najnowszy twór UEFA potrzeba oczywiście kilku sezonów, ale już teraz można stwierdzić kim jest największy wygrany LKE. To nie Feyenoord Rotterdam, który po 20 latach ponownie zagrał w finale międzynarodowego turnieju. To nie włoska Roma, która pod wodzą „The Special One” zwyciężyła w rozgrywkach kontynentalnych po raz pierwszy od sezonu 1960/1961 (ówcześnie wygrała Puchar Miast Targowych). Najbardziej z utworzenia LKE może być zadowolony aktualny mistrz Norwegii- Bofo/Glimt. Chociażby z tego względu, że pozostawił po sobie niezłe wrażenie, bo zespół dotarł aż do ćwierćfinału. Dobry image to jedno, ważniejszą kwestią jest rozwój, a tego LKE oferuje aż nadto.  

Rozgrywki, które gwarantują rozwój

Dlaczego uważamy, że Bodo/Glimt to największy wygrany pierwszego sezonu LKE? Ano dlatego, że rozgrywki te sprawiły, że o mistrzach Norwegii stało się głośno w Europie. Szczególnie ze względu na wynik grupowego starcia ze wspomnianą już Romą. Rezultat 6:1 poszedł w świat, bo był niezwykle okazały i wystawił Jose Mourinho na pośmiewisko. Pomimo sześciu puszczonych bramek mówiło się, że Portugalczyk odpuścił ten mecz, jak i całe rozgrywki. Panowała powszechna opinia, że „trzecia liga europejska” będzie traktowana po macoszemu. Kontynentalne średniaki, które miały się tam kwalifikować, nie dostając się do LE lub „spadając” z niej, miały odpuszczać te mecze, żeby udowodnić UEFA, że stworzenie kolejnego pucharu to fatalny pomysł ze względu na bardzo napięty terminarz. Liga Konferencji Europy wytwarzała różne przemyślenia i niewielu uważało, że ktoś potraktuje ją poważnie. Obawiano się nawet, że faworyci będą wystawiać rezerwowe składy na znak protestu.

Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło, a pierwszy sezon LKE pozostawił wysoko poprzeczkę kolejnym. Co było tego powodem? Oczywiście fundusze, bo europejska centrala nie szczędzi na swoich rozgrywkach. Za sam awans do fazy grupowej klub otrzyma 2,9 mln euro, za wygraną- 500 tys. euro, a za remis- 166 tys. euro. Dla porównania w LE te sumy wynoszą odpowiednio 3,6 mln euro, 630 tys. euro i 210 tys. euro. Oczywiście w LM te nagrody są jeszcze większe, ale historia pokazała, że drużyny, które dostawały się tam sporadycznie, miały problem z utrzymaniem płynności finansowej i bankrutowały. Nagły zastrzyk potężnych środków finansowych odbił się im czkawką. Niektórym do dzisiaj. W LKE pieniądze są mniejsze i dzięki temu rozwój też jest zrównoważony. Bodo nagle nie zaczęło podpisywać wielomilionowych kontraktów z zawodnikami i sponsorami. Zainwestowało w siebie, a to sprawiło, że są już w IV rundzie el. Champions League.

LKE jest stworzona właśnie dla takich zespołów

Bodo/Glimt w zeszłym sezonie LKE dotarło aż do ćwierćfinału, gdzie zmierzyło się z AS Romą. Był to swoisty rewanż za rywalizację w grupie, bo tam mistrzowie Norwegii udowodnili wyższość nad włoską ekipą. Rywalizacja o półfinał nie obfitowała już w taką dawkę emocji, bo chociaż w pierwszym meczu Bodo pokonało faworyta 2:0, w Rzymie podopieczni Mourinho nie dali szans przeciwnikom, ogrywając ich 4:0. Cała europejska przygoda klubu z 40-tysięcznego miasta była znacznie cenniejsza przez doświadczenie, które klub zdobył na arenie międzynarodowej. Tego po prostu nie dało się kupić, bo to trzeba było przeżyć na własnej skórze. Liczne prowokacje, podszczypywanie, czy pospolite szydery to elementy nowoczesnego futbolu, Rozgrywki pod egidą UEFA są aż tym przesiąknięte. Gdy zespół nauczy się wygrywać z tak grającym przeciwnikiem, staje się gotowy do rywalizacji w pucharach. To jednak tylko wierzchołek góry lodowej, bo trzeba jeszcze dołożyć coś od siebie.

Zwłaszcza gdy umiejętnościami wyraźnie odstaje się od Europy. Mistrzowie Norwegii pod tym względem przypominają Lecha Poznań z lat 2008-2011. Wówczas „Kolejorz” prowadzony przez Franciszka Smudę dostał się do fazy grupowej Pucharu UEFA w rozgrywkach 2008/2009. Sam „Franz” mówi wtedy, że nie wyniki w Europie są najważniejsze, bo doświadczenie, które poznaniacy zebrali w starciach z Nancy, CSKA Moskwa, Deportivo La Corunia oraz Feyenoordem Rotterdam (m.in. Robert Lewandowski) było bezcenne. Pozwoliło im to na wyjście z grupy, a dwa sezony później powtórzyli ten wyczyn. W rywalizacjach z Juventusem, Man City i RB Salzburg Lech uzbierał 11 „oczek” i również awansował dalej. Tak właśnie działa ogranie w pucharach. „Kolejorz” utrzymał szkielet drużyny z 2008 roku, a lekcja, którą odbył w tamtym czasie, okazała się bezcenna w „grupie śmierci”. To, że poznaniacy nie poszli za ciosem w Europie, jest winą błędów popełnionych przez zarząd. Bodo raczej tak samo się nie zachowa.

Największy wygrany LKE na najlepszej drodze do LM

Bodo to zespół, który nie cierpi na „chorobę mistrzów Polski”, objawiającą się tym, że dobra forma przychodzi dopiero w połowie rundy. Co prawda, w Norwegii gra się systemem wiosna- jesień, przez co teraz zespół jest w środku sezonu, ale w eliminacjach do Champions League radzi sobie znakomicie. W III rundzie rozprawił się z litewskim Żalgirisem (6:1 w dwumeczu) i teraz do piłkarskiego raju został im tylko jeden krok. A właściwie to jeden przeciwnik, bo rywalem będzie Dinamo Zagrzeb. Mistrzowie Chorwacji nie należą do przeciwników wygodnych, ale też nie do takich, którzy byliby poza zasięgiem Bodo. Poza tym ścieżka mistrzowska lubi sprawiać niespodzianki. Ta droga do LM jest zdecydowanie łatwiejsza dla słabszych zespołów. Norwegowie potrafią napsuć sporo krwi zespołom lepszym od siebie, bo nauczyli się tego w LKE. Wszystko wskazuje na to, że będzie to jedna z ciekawszych par w play-off.

Dodajmy, że do tego szczebla nie jest w stanie zakwalifikować się żaden przedstawiciel Polski od 2016 roku. Może się zatem okazać, że największy wygrany poprzedniej edycji LKE, stanie się rewelacją sezonu w LM. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby Bodo/Glimt odegrało rolę Sheriffa Tyraspol z ubiegłych rozgrywek. Pokonanie Realu Madryt na Santiago Bernabeu to była prawdziwa sensacja. Było to spełnienie marzeń mołdawskiego klubu. Pamiętajmy, że w 2017 roku ówczesny mistrz Polski, Legia Warszawa, nie poradziła sobie z Sheriffem. Odpadła w IV rundzie eliminacji LE, a zespół z Naddniestrza zachował się jak Bodo- zbierał doświadczenie w europejskich pucharach. Jak to się skończyło, wszyscy pamiętają. Sheriff to największy wygrany fazy grupowej poprzedniej edycji LM. Zawodników z Tyraspolu w tym sezonie w LM już nie zobaczymy, bo odpadli w III rundzie eliminacyjnej. Lepsza okazała się Viktoria Pilzno (4:2 w dwumeczu) i powinna być to przestroga dla mistrzów Norwegii.

Futbol uwielbia takie scenariusze

Jeśli ktoś chce się rozwijać, nie może patrzeć w tył. Trudno iść naprzód, gdy rozpamiętuje się przeszłość. Nawet jeśli jest ona warta wspomnień. Jednakże z poprzednich rozgrywek liczy się tylko doświadczenie, a reszta to piękna historia, którą kibice będą przekazywać z pokolenia na pokolenie. Piłka nożna nagradza tych, którzy nie obawiają się wyzwań i stawiają sobie wysokie cele. Po to jest stworzona Liga Mistrzów, bo ci najlepsi zawsze będą chcieli się rozwijać. Futbol ewoluuje, a największy wygrany to ten, który nadąża za jego trendami. Po zespole Bodo/Glimt widać ewidentnie, że chce przysiąść do tego europejskiego stołu. Być może jeszcze nie ma na tyle apetytu, by zajadać się daniem głównym, ale przystawki może już oceniać i prosić o dokładkę. Wszystko teraz zależy od piłkarzy, bo tego chcieli. Doprowadzili do sytuacji, w której nie są już anonimową drużyną i budzą respekt w szeregach rywala. To już coś oznacza w europejskiej piłce.

Tak jak mały klub z Mołdawii podbił serca kibiców rok temu, tak spore szanse ma mistrz Norwegii, aby to osiągnięcie powtórzyć. Zasady gry w piłkę nożną są proste- musisz strzelić gola więcej od przeciwnika. Nie zawsze jednak jest to takie proste, ale gdy „kopciuszek” jest w stanie ograć światowego giganta, wtedy mówi się o pięknie futbolu. O tym, że jest niesprawiedliwy, ale na tym polega jego uroda. Jednak w piłce nożnej chodzi o to, co znajdzie się między słupkami. Choć popisy poszczególnych zawodników, czy styl gry mają kolosalne znaczenie, to należą one tylko do wrażeń artystycznych, za które ta dyscyplina sportu nie daje nic w zamian. Wygrywa ten, kto strzeli więcej bramek w meczu i ta zasada się nie zmienia od x lat. Zdarzają się narzekania trenerów, że są drużyny, które nieustannie się bronią, „stawiają autobus w bramce”, grają antyfutbol. Ale co z tego? Każdy ma prawo zrobić, co zechce.

Bodo/Glimt nie szuka wymówek

Mistrzowie Norwegii posmakowali zeszłorocznej przygody w pucharach i widać, że chcą więcej. Ta sportowa złość w nich siedzi i napędza do działania. W futbolu chodzi o to, aby być szybszym o kilka sekund lub centymetrów. Nie trzeba prowadzić gry i trzymać inicjatywy przez cały mecz. Największy wygrany to ten, który umie wykorzystać swoje szanse oraz słabości przeciwnika. Tego można nauczyć się tylko w Europie. Widać, że Bodo to uczeń z nieograniczoną percepcją. Może to zaprowadzić tę drużynę naprawdę daleko. A już na pewno zdecydowanie dalej niż w poprzednim sezonie.