El Pistolero żegna się z Madrytem. Luis Suarez wielu twarzy

Luis Suarez po sezonie żegna się z Atletico Madryt. Wyjątkowy napastnik przez lata polaryzował środowisko i przeżywał wspaniałe, jak i te przykre momenty w karierze. Hiszpania była jego mekką.

11 lipca 2014 roku na lotnisku w Barcelonie pojawił się ktoś, kto na dobre zmienił oblicze hiszpańskiego futbolu. Napastnik klasy premium, gracz nieustępliwy, charakterny i niezwykle skuteczny. Zarówno w Ajaxie, jak i później w Liverpoolu żegnali go z rozrzewnieniem. W obu drużynach był postacią nietuzinkową, wyróżniającą się. Chodził swoimi drogami, lecz nie odmawiał sobie przyjacielskiej yerby z kolegami z zespołu. W drużynach, w których występował notował imponujące liczby. Miał także dobre wyczucie współpracy w sferach ofensywnych, co dla napastnika nie jest domeną i często spotykaną codziennością.

Zabójczy i kontrowersyjny

Zanim w FC Barcelonie Suarez osiadł na długie lata, szlify zbierał w Holandii. Tam po zaledwie roku w Groningen trafił już do znacznie mocniejszego Ajaxu. Ruch okazał się strzałem w dziesiątkę, ponieważ mimo młodego wieku, Uruguayo dokładał seryjnie strzelane bramki. Jego styl gry był niezwykle niewygodny. W swoim prime, który zarodek miał już właśnie wtedy w Amsterdamie (magiczny sezon 9/10- 35 goli w 33 meczach) był hybrydą pozornie dwóch odmiennych typów „9”. Uosabiał szybkość i odejście na pierwszych metrach z nosem rasowego snajpera. Nie potrzebował wiele, by sytuację zamienić w gola. Mimo raczej średniego wzrostu (182 cm) potrafił również doskonale grać głową. Po transferze do Liverpoolu jego gwiazda rozbłysła w pełni. 4 udane lata na Merseyside zwieńczył koroną króla strzelców i przypięciem łatki która już nigdy z niego nie zejdzie.

Zaraz po wybitnym sezonie 13/14 Suarez poleciał do Brazylii, by z kadrą narodową swojego kraju zagrać na najważniejszej imprezie reprezentacyjnej. Aczkolwiek tamtego okresu nie będzie wspominał za dobrze. Bardziej niż o jego popisach boiskowych mówiło się o incydentach około piłkarskich. Otóż w meczu z Włochami charakterny i gorącokrwisty El Pistolero podczas walki o piłkę w polu karnym w niewytłumaczalny sposób zdecydował się ugryźć swojego rywala- Giorgio Chielliniego. Włoch nieco zdezorientowany nie wiedział co właściwie go spotkało. Ten obrazek z pewnością przeszedł do historii futbolu. Sytuacja jest tym ciekawsza, że dla Suareza była to recydywa. Kontrowersyjny napastnik, za którego Barcelona zapłaciła Liverpoolowi 75 mln funtów, już trzykrotnie gryzł swoich rywali na boisku, za co spotykały go coraz surowsze kary. Zachowanie irracjonalne, natomiast na stałe wpisujące się w jego emploi.

Legendy środowiskowe

Tłumaczeń tego typu zachowań było naprawdę wiele. Bardziej lub mniej poważnych i sensownych. Chociażby w Urugwaju uważają, że Pistolero gryzie ,bo boi się stracić to, co ma. Mały Luis, żeby zarobić na sprzęt do gry w piłkę, pracował na ulicach Montevideo jako pucybut. Ojciec zostawił ich wcześnie, matka dorabiała myciem podłóg. To jednak raczej tylko legendy środowiskowe. Warto powiedzieć, że od tamtego mundialu podobnych incydentów w wykonaniu Urugwajczyka nie obserwowaliśmy.

I bardzo dobrze, bo od tego czasu zaczęły się jego złote lata. Trafił do kraju, który pasował do niego jak ulał. Klimat, okoliczności, ranga klubu i piłkarza pozwalała mówić o transferze przemyślanym. Pomimo różnych ekscesów Barcelona brała napastnika wybitnego. Razem z Leo Messim, z którym zostali wielkimi przyjaciółmi na lata i Neymarem stworzyli na Camp Nou trio grozy. Ich statystyki były wprost kosmiczne. Barcelona grała piękny futbol, a w dodatku sięgała po najwyższe laury. Taki mikroklimat to dla napastnika ziemia obiecana. Dlatego też liczby Suareza rzucały na kolana. Był tak uniwersalny, a jednocześnie skrupulatny w swych kluczowych czynnościach, że imponował całokształtem.

Magiczne liczby

Zatem niech przemówią liczby. Spójrzmy póki co TYLKO na statystki ligowe:

  • sezon 14/15 (częściowo spędzony w zawieszeniu za wydarzenia z mundialu)- 16 goli, 14 asyst
  • sezon 15/16- 40 goli (król strzelców) i 16 asyst
  • 16/17- 29 goli i 13 asyst
  • 17/18- 25 goli i 12 asyst
  • 18/19- 21 goli i 6 asyst
  • 19/20- 16 goli i 8 asyst

Są to osiągi znakomite, cechujące prawdziwych fachowców w swej dziedzinie. Uruguayo nie tylko był bezwzględnym snajperem, ale także altruistycznym kompanem. To połączenie wpłynęło na tak wysoko wyśrubowane statystyki. Może sobie pluć jedynie w brodę z powodu okresu w jakim występował we wtedy najlepszej, teraz drugiej najlepszej lidze świata. Suarez nie był bowiem jedyną gwiazdą na gwiazdozbiorze. Musiał dzielić niebo z równie wybitnymi jednostkami. Jednak to w żaden sposób nie urąga jego klasie. W swoim prime był ZDECYDOWANIE najlepszym napastnikiem świata. Bez cienia wątpliwości.

Utrata atutów

Natomiast z biegiem czasu i jego dosięgnęła piłkarska starość. Dalej był wybitnym snajperem, natomiast dynamika i szybkość powoli traciły na znaczeniu. Stał się bardziej jednostajny i schematyczny. Swoje ograniczenia chciał więc przykryć sprytem, nosem killera i inteligencją boiskową. A tej 35-latkowi nie brakowało i brakować nie będzie. W kwestiach stricte piłkarskich był genialny. Problemy z trzymaniem nerwów na wodzy i gorąca głowa stanowiły pewnego rodzaju kłopot i bicz dla hejterów. Swoim sposobem bycia na placu gry Suarez mógł irytować rywali. Gdy obserwowało się jego zachowania można było dostrzec nieustanne pretensję, narzekania i przesadne reakcje na niestworzone wydarzenia. Przez swój upór i zaangażowanie w grę, Uruguayo bywał męczący i nieznośny. Jednak przynosiło to efekty.

Do dziś te cechy charakteru zostały na swoim miejscu. Suarez dalej ma pasje w oczach i chęć grania w futbol. Cierpi na powiększających się deficytach (przez co stracił w tym sezonie miejsce w wyjściowym składzie Atletico), ale nie daje po sobie poznać frustracji i zniechęcenia. Nie z nim takie numery. On profesjonalizm zachowuje na wysokim, godnym szacunku poziomie.

I gdy jego proces powolnego rozkładu zachodził, w Dumie Katalonii również pojawiły się zgrzyty. Ogromne kłopoty finansowe, krach sportowy, seria kompromitacji w LM i niegospodarne rządy przysporzyły cules wielu bolączek. I to właśnie Luis Suarez z tak zwanej „starej gwardii” został uznany za głównego winnego i hamulcowego więc bez kłopotów pozwolono mu szukać nowego pracodawcy. Jak na tak zasłużonego i utytułowanego piłkarza pożegnanie z Camp Nou było groteskowe i mało poważne. Nawet można powiedzieć, że bez klasy. Kilkuminutowa rozmowa z nowym trenerem Ronaldem Koemanem, krótki i czytelny sygnał „nie chcę cię tu” (swoją drogą dalsza przygoda Holendra w stolicy Katalonii kazała sądzić, że jednak, wbrew temu co sądził na początku, to nie Luisito był największym problemem chorej Barcy). Szybka konferencja prasowa, na której Urugwajczyk wylał sporo łez i przygoda życia dobiegła końca. Fin.

Otwarte madryckie bramy

W tym trudnym i niepewnym dla niego czasie drzwi otworzyło Atletico Madryt. Ekipa Cholo Simeone potrzebowała napastnika po odejściu Alvaro Moraty, a przy okazji kogoś, kto mentalnie będzie dużo twardszy od Hiszpana. Podrażniony Uruguayo był kandydatem odpowiednim.  W Atleti odnalazł się szybko, już w debiucie po wejściu z ławki zaliczył asystę i dwa gole. Na nowo mógł oddychać pełną piersią, poczuć dużo większy komfort psychiczny i móc spokojnie realizować swoje piłkarskie cele. Atletico gwarantowało mu to, co najistotniejsze. Pierwszy skład, ambitny projekt, sprzyjające warunki i przy okazji możliwość rewolty na Ronaldzie Koemanie i Josepie Marii Bartomeu. Z miesiąca na miesiąc zaliczał systematyczny regres fizyczny, aczkolwiek na sezon 20/21 przygotował formę, która dała Los Colchoneros upragnione mistrzostwo!

Po takich letnich perturbacjach Luis Suarez znów był na szczycie. To właśnie jego kluczowe bramki w ostatnich kolejkach sezonu z Osasuną (2:1) i Valladolid (2:1) przypieczętowało pierwsze od 2014 roku trofeum ligowe Atleti. W całym sezonie skompletował tych bramek 21, wielokrotnie zdobywając je w ważnych momentach. Mentalnie i boiskowo był przodownikiem. Można go uznać za jednego z głównych architektów tego sukcesu.

Nowa rola

A zatem w kolejnym klubie, w którym przyszło mu występować stał się kimś ważnym. W Atletico nawet mimo dużo słabszego drugiego sezonu. Bo jeśli zeszły był miodowy, tak obecny pełen wybojów i zawiłych tras. Luis Suarez w 2022 roku wypadł z głównych łask Cholo i musiał zadowolić się rolą jokera. Simeone w taktyce preferował bardziej mobilny napad, co wykluczało na dłuższy czas sposobność Pistolero do występów w pierwszej jedenastce. Natomiast mimo takich okoliczności, 35-latek nie marudził i nie psuł atmosfery. Zrozumiał i zaakceptował swoją rolę, powoli zaczął usuwać się w cień. Motorycznie nie pasował już zbytnio do grania na najwyższym poziomie. I o ile te defekty udawało się maskować w pierwszym roku w Madrycie, tak kolejny był już nieco bardziej skomplikowany.

Dlatego obie strony zgodnie i słusznie uznały, że należy się rozstać. Suarez i tak w tym dość ciężkim sezonie zanotował 11 ligowych trafień. Nawet pomimo dużo mniejszej liczby minut poniżej pewnego poziomu nie schodził. To jednak już koniec jego madryckiej przygody. W ogólnym rozrachunku była ona naprawdę udana. Udowodnił sobie, że nie w nim leżał problem Barcelony, poznał i rozkochał w sobie nowe środowisko, a na dodatek dołożył niezwykle cenne trofeum. Nie ma przypadku w tym, że od kilkunastu dni na twitterze lata hasztag #UnaPlacaParaSuarez. Nawołuje on do upamiętnienia Luisa Suareza pamiątkową tablicą umieszczoną w okolicach Wanda Metropolitano. Z reguły takie patery umieszcza się po przekroczeniu przez gracza liczby 100 występów w barwach klubu ze stolicy. Luis Suarez ma ich niewystarczająco, bo 79, ale fani chcą by władze dla niego zrobiły wyjątek. Tak więc szacunek i pogłos wśród sympatyków Atletico Suarez zyskał sobie naprawdę duży.

Niekwestionowana legenda ligi hiszpańskiej i całej urugwajskiej piłki. Po prostu on, LUIS SUAREZ.

GRACIAS POR TODO.

 

Dodaj komentarz