Co wiemy po sezonie 2021-2022?

Zmagania PKO Ekstraklasy dobiegły końca. Znamy już odpowiedzi na najważniejsze pytania. Ale nie w tym rzecz, bo te rozgrywki obfitowały w masę emocji. Trzech kandydatów do tytułu, najgorsza forma Legii od lat i spadek Wisły Kraków. To tylko niektóre z tych spraw, które dodawały smaczku w rywalizacji. Ale co właściwie dał nam ten sezon? Czy możemy liczyć na to, że kolejna kampania będzie równie emocjonująca? Czy może powinniśmy uzbroić się w cierpliwość, bo na następne tak ciekawe rozgrywki poczekamy sobie długie lata? Przekonamy się, ale już teraz znaleźliśmy 5 istotnych rzeczy, które określają ubiegłą kampanię. Oto co wiemy po sezonie 2021-2022.

1. Nie ma w lidze hegemona

Jak napisałem we wstępie, trzy drużyny walczyły o mistrzostwo Polski. Z punktu widzenia rozwoju ligi, jest to wyśmienite rozwiązanie. Tercet drużyn ciągnął ten wózek do przodu, bo wszystkie chciały zająć pierwsze miejsce. Lech, Pogoń i Raków musiały być maksymalnie skoncentrowane do ostatnich kolejek, bo właśnie wtedy rozstrzygnęły się losy tytułu. Długi czas liderował „Kolejorz”, który pozwolił wyprzedzić się na chwilę „Portowcom”. Zawodnicy Pogoni Szczecin nie wytrzymali presji i pod koniec kampanii spadli na najniższy stopień podium. Wtedy szanse zwietrzył Raków, który jednak też pokazał, że na mistrzostwo nie był przygotowany mentalnie. Ostatecznie tytuł powędrował do Poznania, bo Lech grał najrówniej. Dlatego wiemy już, że po sezonie 2021-2022 mistrzem nie została drużyna najlepsza tylko grająca na podobnym (wysokim) poziomie z perspektywy całego sezonu. Ale to dobrze, że nie był to spacerek dla piłkarzy trenera Skorży, bo nie wystawiałoby to pozytywnego świadectwa o PKO Ekstraklasie.

Tutaj powinniśmy się zastanowić, co jest lepsze: lider z kilkunastopunktową przewagą nad resztą stawki, czy walka kilku zespołów do ostatniego meczu? Odpowiedź jest oczywista, bo swoisty hegemon w danej lidze powoduje więcej złego niż dobrego. Jasne, świetnie jest mieć drużynę, która ustawia po kątach pozostałe zespoły. Albo taką, która idzie w każdym ligowym meczu jak po swoje. To zwiększa pewność siebie piłkarzy, co procentuje wynikami w Europie. Jednakże patrząc na to z drugiej strony, taki zespół jest problematyczny dla całej ligi. Dzięki temu zdejmuje on presję z pozostałych, powodując, że znacznie mniej się wymaga od reszty stawki. Z góry jest pewne, kto zostanie mistrzem, a to nie napędza rywalizacji, która jest szalenie istotna w futbolu. Po sezonie 2021-2022 wiemy już, że to się nie zmieni, ponieważ żadna drużyna z podium nie zdradza takowych objawów w tej chwili. I niech tak pozostanie.

2. Czołówka może wyglądać inaczej

Po sezonie 2021-2022 wiemy, kto będzie nas reprezentował w europejskich pucharach. Rozgrywki te zostały nazwane przez Michała Probierza „Pocałunkiem śmierci”, bo polskie kluby nie potrafią połączyć odpowiednio zmagań w Europie z PKO Ekstraklasą. Jest w tym sporo racji. A najlepszym przykładem może być Legia Warszawa, bo za awans do fazy grupowej LE zapłaciła miejscem w drugiej połowie tabeli. Jednak nie sądzę, że po przyjściu Kosty Runjaica na Łazienkowską, drużyna od razu powróci do walki o najwyższe cele. To projekt raczej na dłuższą perspektywę niż na letni okres przygotowawczy. To samo może dotyczyć Pogoni Szczecin, bo nadejście nowego trenera to zawsze niewiadoma. A już na pewno, gdy stery nad drużyną przejmuje obcokrajowiec. Taki człowiek nie zna naszej ligi i już nie jeden zagraniczny fachowiec spalił się na niej. Na niekorzyść przemawia też fakt, że „niepolskie” standardy nie są mile widziane w PKO Ekstraklasie. Szczególnie przez piłkarzy.

W tej kwestii najwięcej do udowodnienia ma Lech, bo wszystkie jego pozostałe sezony pomistrzowskie w XXI wieku, mówiąc delikatnie, nie należały do udanych. W kampaniach 2010-2011 i 2015-2016 „Kolejorz” długo zajmował miejsce w strefie spadkowej. A należy pamiętać, że w obu przypadkach brał udział w rozgrywkach grupowych LE. Podobnie jak Legie, kosztowało go to sporo sił, bo odbiło się to na wynikach w lidze. Jedynie Raków Częstochowa sprawia wrażenie drużyny stabilnej. Drugi sezon z rzędu kończą na „pudle”, obronili Puchar Polski. Ich mankamentem jest to, że jeszcze nie zaznali łącznia dwóch frontów (może zeszłoroczne eliminacje do LKE były całkiem, całkiem, ale grę w pucharach powinniśmy liczyć od fazy grupowej. Szanujmy się!). Jestem ciekaw, co w takiej sytuacji wymyśliłby Marek Papszun? Pewnie standardowe śpiewki o grze co trzy dni, o wąskiej kadrze… No, w każdym razie to jego zespół ma największe szanse na papierze, aby w kolejnym sezonie być w czołówce.

3. Maciej Skorża z marszu wygrał ligę. Ponownie!

Maciej Skorża to najbardziej utytułowany polski szkoleniowiec. Wiemy o tym nie tylko po sezonie 2021-2022. Każdy klub przez niego prowadzony osiągnął jakiś sukces na polskich boiskach. Wyjątkiem potwierdzającym regułę jest nieudany epizod w Pogoni Szczecin w 2017 roku. O czym to świadczy? Dokładnie o niczym, bo nie można rzetelnie ocenić tej klęski, zestawiając ją z pasmem sukcesów trenera. Zawsze dobrze ułożony, elegancko ubrany, z klasą- to wizerunek Macieja Skorży w PKO Ekstraklasie. Nie zdziwiłaby mnie informacja, gdyby się okazało, że na początku roku Cezary Kulesza kontaktował się z trenerem Lecha w sprawie selekcjonerskiego wakatu. Być może nie zgodziły się władze „Kolejorza” na odejście Skorży do reprezentacji? A może to sam szkoleniowiec nie chciał opuszczać Lecha w połowie projektu? Oczywiście to tylko dywagacje, które nie zmieniają faktu, że ten facet zna się na piłce. I selekcjonerem na pewno pewnego dnia zostanie.

Tak jak w 2014 roku, tak w 2021, Skorża został awaryjnie ściągnięty do Poznania. Cele miał postawione dokładnie takie same: mistrzostwo Polski. 8 lat temu przejął poobijaną drużynę, która w Europie dostała lanie od studentów z Islandii (słynny Stjarnan). Rok temu w kwietniu obejmował Lecha wykończonego rozgrywkami, wyczerpanego i oddychającego już rękawami. Efektami jego pracy były dwa tytuły mistrzowskie dla Lecha. Ale skoro Skorża jest takim dobrym trenerem, to dlaczego nie zakontraktuje go jakiś europejski klub? Jakiś średniak Bundesligi lub Serie A? Powoli do opiekuna „Kolejorza” można przypiąć łatkę: za dobry na Ekstraklasę, za słaby na Europę. Może się to wydawać dziwne, ale wiemy, że po sezonie 2021-2022 Maciej Skorża nie spróbuje swoich sił na zachodzie. Może to i dobrze? Utrata takiego fachowca spowoduje, że nasza liga stanie się uboższa. A właśnie takich ludzi PKO Ekstraklasa potrzebuje. Z pasją, z energią do pracy, otwartych na nowe horyzonty.

4. W PKO Ekstraklasie nie ma typowej „9”

Wyścig o koronę króla strzelców również był bardzo emocjonujący. Wygrał go Ivi Lopez, który zdobył okrągłe 20 goli w lidze. Zanim znaleźli się Karol Angielski z Radomiaka i Mikael Ishak z Lecha Poznań. Obydwoje strzelili po 18 bramek. Należy też zaznaczyć, że ci trzej zawodnicy byli wyznaczani w swoich drużynach do wykonywania rzutów karnych. Także, każdy z nich mógł mieć lepszy dorobek, bo nie wszystkie „jedenastki” udało im się wykorzystać. Co ciekawe, najlepszym napastnikiem ligi nie został zdobywca największej ilości goli tylko zawodnik „Kolejorza”. Trzeba przyznać, że Lech „miał nosa”, aby go zakontraktować. Wiemy już, że po sezonie 2021-2022 Ishak był najlepszy, bo on ma w sobie coś z instynktu killera. Potrafi znaleźć się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie. O takich piłkarzach mówi się, że piłka ich szuka, bo potrafią się właściwie ustawić. Faktycznie, Szwed pod tym względem przebija Lopeza, jednak ma problem z wykorzystaniem sytuacji strzeleckich.

No, ale gdyby większość z nich wykorzystywał, to teraz nie grałby w PKO Ekstraklasie. Jestem zdania, że każda liga potrzebuje napastnika, który często jest określany mianem „żądło zespołu”. Taki zawodnik jest w stanie oszukać obrońców swoim ustawieniem, zmuszając ich w ten sposób do pełnej koncentracji w meczu. Dołożenie nogi, delikatny ruch ciałem, czy po prostu „strzał- farfocel” to zalety wybitnych napastników. Już jest jasne, że po sezonie 2021-2022 w PKO Ekstraklasie takowego nie odnajdziemy. Zawodnika, którego charakteryzowałby najprostsze cechy napastnicze, w naszej lidze nie ma. Możemy tylko nad tym ubolewać, bo przydałby się taki ktoś w lidze europejskiej nr 27. Byłby to doskonały wzór dla młodych piłkarzy, bo właśnie takie „9” są niezbędne w Europie. W pucharach o wiele łatwiej się gra, gdy na boisku jest piłkarz, który może zdobyć gola, zaledwie dostawiając stopę. Jednakże w tej kampanii taki się nie pojawił.

5. Nie znika przepis o młodzieżowcu

Na tę chwilę czekają wszyscy trenerzy PKO Ekstraklasy. Jednak od przyszłego sezonu nadal będzie trzeba wystawiać młodych zawodników „na siłę”, bo tak chce liga. Jestem zagorzałym przeciwnikiem tej innowacji, ponieważ przez to młodzieżowiec nie musi walczyć o miejsce w składzie. On ma je „z urzędu” właśnie przez ten idiotyczny paragraf. Czy jest w formie, czy nie, to i tak zagra w meczu (baa! Nawet wychodzi w pierwszym składzie!) ze względu na regulamin. Taki krok sprawdziłby się w lidze, która ma doskonałe szkolenie młodzieży. Rozgrywki, które hurtem wprowadzają piłkarski narybek do seniorskiej piłki, mogłyby się zastanowić nad wprowadzeniem takiej innowacji. Tylko po co? Po co Serie A lub Primera Division mają nakazywać młodzieżowcom koniecznie grać, skoro te ligi co sezon ubogacają swoje rozgrywki o sporo młodych, zdolnych zawodników? Tylko w Polsce obowiązuje ta dziwna zasada, z której wiele pożytku i tak nie ma.

Polska liga się kręci

Ubiegły sezon był wyjątkowy pod każdym względem. Teraz piłkarze i trenerzy porozjeżdżali się na urlopy. Niech odpoczną, bo zasłużyli na to. Po powrocie czeka ich nie lada wyzwanie- pucharowicze będą szykować się na Europę, jest też kilka zespołów, które będą chciały poprawić swój wynik z poprzednich rozgrywek. Są też i tacy, którym zamarzyło się odgrywanie istotniejszej roli od walki o utrzymanie. Za niecałe dwa miesiące ruszamy z kolejnym sezonem. Oby, choć w połowie dostarczył nam tyle emocji, ile poprzedni.

Dodaj komentarz