Piłkarze palacze, nocne życie i brak dietetyków: szalony świat futbolu lat siedemdziesiątych

0
40
Rate this post

Szatnia z papierosem: jak wyglądał codzienny świat piłkarza lat siedemdziesiątych

Typowy tydzień ligowca – od meczu do meczu

Wyobraź sobie zawodnika pierwszej ligi lat siedemdziesiątych. Niedzielne popołudnie, mecz przed kilkunastotysięczną publicznością, a dzień później… prawie normalne życie. Bez dietetyka, bez trenera przygotowania motorycznego, bez planu mikrocyklu rozpisanego co do minuty. Cały tydzień koncentrował się wokół jednego wydarzenia – meczu – ale sposób dochodzenia do niego był z dzisiejszej perspektywy brutalnie prosty.

Zazwyczaj poniedziałek po meczu oznaczał lekkie „rozbieganie” albo wręcz wolne. Dzień odpoczynku był rozumiany bardziej jako „odpoczynek od piłki” niż świadoma regeneracja organizmu. Zawodnicy szli do pracy (w wielu klubach piłkarze formalnie byli zatrudnieni np. w zakładach przemysłowych), załatwiali sprawy prywatne, wieczorem spotykali się w barze lub klubie. Sen, nawodnienie, rozciąganie – te pojęcia w praktyce prawie nie istniały.

Wtorek i środa to zwykle 2–3 mocniejsze jednostki treningowe. Schemat bywał prosty: rozgrzewka, dużo biegania ciągłego, interwałów „na gwizdek” trenera, na koniec gra wewnętrzna. Wszyscy wykonywali ten sam trening: młody skrzydłowy, który zagrał 90 minut w wysokim tempie, i doświadczony stoper po urazie. Nikt nie mierzył tętna, nie śledził kilometrów GPS-em, nie analizował obciążeń. Jedynym „czujnikiem” był wzrok trenera i subiektywne narzekania zawodników.

Czwartek i piątek przynosiły zwykle skracanie zajęć i elementy taktyczne, choć nawet taktyka była rozumiana inaczej niż dzisiaj. Zamiast analizy wideo przeciwnika – kilka zdań trenera, czasem krótka rozpiska ze schematem ustawienia. Nacisk nadal był na „wybieganiu” formy, nie na precyzyjnym planowaniu obciążeń. Sobota i niedziela to już koncentracja na meczu – ale ona też miała inny charakter: mniej reżimu, więcej rutyn i przesądów.

Wieczory po treningu były często kluczowym elementem „przygotowania”, choć nie w sensie sportowym. Dla wielu piłkarzy normą było spotkanie z kolegami z drużyny w osiedlowym barze, klubie czy domu kultury. Papierosy, piwo, brydż, rozmowy o meczu i życiu. Taka forma spędzania czasu nie była traktowana jako łamanie profesjonalizmu, tylko jako część normalnego funkcjonowania dorosłego mężczyzny. Kto wolał wrócić do domu i się oszczędzać, mógł szybko zyskać etykietę „dziwaka” albo „gwiazdy”.

Palenie jako element krajobrazu

Palenie papierosów było wbite w tkankę futbolu lat siedemdziesiątych tak głęboko, że dla współczesnego kibica brzmi to jak przesada. Popielniczki w szatniach, dym unoszący się w autokarze w drodze na mecz, trener z papierosem w ustach na ławce – to nie były incydenty, tylko obraz codzienności.

Przerwy w treningu często wyglądały tak: łyk wody (albo herbaty z termosu), szybki papieros za bramką, krótki żart i powrót na boisko. W przerwie meczu zdarzało się, że bardziej doświadczony zawodnik zaciągnął się papierosem, żeby „uspokoić nerwy”. Dziś byłoby to uznane za sabotaż formy, wtedy – za prywatny rytuał. Nikt nie biegał z alkomatem ani nie mierzył poziomu tlenku węgla we krwi.

Klubowy lekarz czy masażysta bardzo często sami byli palaczami. Nie istniał standard, w którym pracownik medyczny aktywnie ściga zawodników za papierosy. Co najwyżej mówił: „Może byś trochę ograniczył przed meczem”. Dym w szatni nie budził zdziwienia – dopiero gdy ktoś przesadzał z liczbą wypalanych paczek, zaczynał być tematem żartów lub narzekań, ale nadal bardziej w kategoriach towarzyskich niż zdrowotnych.

Mechanizm był prosty: palenie było powszechne w całym społeczeństwie. Sportowiec nie funkcjonował w próżni, tylko kopiował wzorce z ulicy, fabryki, baru. Piłkarze palacze nie byli „wyjątkiem”, byli częścią normy. Różnica polegała jedynie na tym, że oni jeszcze biegali 90 minut co weekend, więc otoczenie zakładało, że organizm „jakoś to znosi”.

Alkohol po meczu – od „nagrody” do problemu

Alkohol w szatni i po meczu pełnił wiele funkcji jednocześnie: nagrody, rozładowania napięcia, integracji, a nieraz także znieczulenia psychicznego po porażce. Piwo czy wino nie były traktowane jak „używka niszcząca formę”, lecz jak element obyczaju. Po meczu na stadion często wchodził działacz z zgrzewką piwa – jako gest zadowolenia. Zawodnicy pili jeszcze w szatni, zanim wzięli prysznic, albo już w autokarze w drodze powrotnej.

Po ważnych zwycięstwach organizowano wieczorne „bankiety”. Działacze, trenerzy, piłkarze przy jednym stole, kieliszki krążące bez skrępowania. Nikt nie liczył jednostek alkoholu na kilogram masy ciała. Dopóki drużyna punktowała, takie spotkania były wręcz dobrze widziane. Tworzyły mit „rodzinnego klubu”, gdzie wszyscy są razem na dobre i na złe.

Inaczej wyglądała sytuacja w reprezentacji, gdzie często panował twardszy reżim. Zgrupowania kadry zwykle oznaczały większą kontrolę – godziny ciszy nocnej, ograniczony dostęp do alkoholu, zakazy wychodzenia z hotelu. Nawet tam jednak zdarzały się „przypadki kreatywne”: zawodnicy wymykający się tylnym wyjściem, mini-imprezy w pokojach, alkohol przemycany w butelkach po napojach. Różnica polegała na tym, że na kadrze konsekwencje bywały surowsze: odsunięcie od meczu, konflikt z selekcjonerem, stempel „niepoważny” na przyszłość.

Typowy scenariusz problemowy wyglądał następująco: ligowy mecz, wieczorem „świętowanie” do późna, dzień później rozruch wykonywany na ogromnym zmęczeniu i odwodnieniu. Krótkoterminowo zespół jeszcze dawał radę, bo młode organizmy wytrzymują dużo. Długoterminowo taki styl życia przekładał się na spadki formy w końcówce sezonu, częstsze kontuzje mięśniowe i szybsze „wypalenie” kariery.

Dlaczego ten świat był „normalny”: kontekst społeczny i brak wiedzy

Status piłkarza i normy obyczajowe epoki

W latach siedemdziesiątych piłkarz był kimś pomiędzy lokalną gwiazdą a „swoim chłopem z sąsiedztwa”. Po meczu często szedł do tej samej knajpy co kibice, siadał przy wspólnym stoliku, przyjmował gratulacje i uwagi. Społeczne oczekiwanie było proste: ma być dostępny, normalny, „nie wywyższać się”. Odmowa wspólnego piwa czy papierosa bywała odbierana jak odcięcie się od ludzi.

Palenie i picie były wtedy wszechobecne. Reklamy papierosów w mediach, popielniczki w biurach, alkohol jako stały element spotkań rodzinnych i zawodowych. Nie było mediów społecznościowych, które mogłyby natychmiast nagłośnić zdjęcie piłkarza z papierosem. Jeżeli zawodnik przesadził, wiedziało o tym głównie najbliższe otoczenie i garstka świadków z baru.

Do tego dochodziło przekonanie, że młody, wysportowany organizm znosi więcej. Sformułowania typu „wypoci te papierosy na treningu” czy „w niedzielę pobiega, będzie dobrze” oddają mentalność tamtych czasów. Niewielu zastanawiało się nad tym, co będzie z płucami czy sercem gracza za 20 lat. Priorytetem był następny mecz, najwyżej następny sezon.

Co wiedziano, a czego nie wiedziano o zdrowiu i wydolności

Wiedza o wpływie nikotyny i alkoholu na wydolność istniała w medycynie, ale rzadko przenikała do praktyki klubowej. Badania nad VO2max (maksymalnym poborem tlenu), laktatem czy profilami wysiłkowymi miały miejsce w laboratoriach i ośrodkach naukowych, nie w codzienności większości drużyn. Lekarz klubowy częściej zajmował się leczeniem ostrych urazów niż planowaniem prewencji.

Dominowało podejście objawowe: jeśli nie boli – graj. Gdy bolało, w grę wchodziły maści, nagrzewania, czasem „blokada” (zastrzyk przeciwbólowy) przed ważnym meczem. Prewencja przeciążeń, kontrola minut na boisku, świadome odpuszczanie meczów z powodu ryzyka długofalowego – to były rzadkie wyjątki, nie standard.

Wpływ diety na wydolność traktowano raczej intuicyjnie: „zjedz porządnie, żebyś miał siłę”. Mało kto analizował proporcje białka, węglowodanów i tłuszczów. Pojęcia takie jak glikogen mięśniowy czy „okno anaboliczne” były w klubowych realiach praktycznie nieznane. Zawodnik, który czuł się ospały po ciężkim obiedzie przed meczem, zwykle nie łączył tego z konkretnym składem posiłku, tylko z „gorszym dniem”.

Brakowało też narzędzi pomiarowych. Dziś standardem są testy wydolnościowe, pomiary mocy, analiza składu ciała, monitory snu. W latach siedemdziesiątych trener mógł co najwyżej policzyć, ilu zawodników „wytrzymało” trening bez przerwy i na oko ocenić, kto słabnie. W efekcie wielu piłkarzy balansowało między niedotrenowaniem a przetrenowaniem, bez świadomości, dlaczego ich forma tak faluje.

Kultura „twardziela” i wstyd przed dbaniem o siebie

W szatni panowała kultura twardziela. Dbający o dietę, odmawiający wyjścia na miasto, pilnujący snu zawodnik mógł łatwo zostać uznany za „mięczaka”. Sylwetka „prawdziwego faceta” to ktoś, kto wypije, zapali, a i tak w niedzielę „zostawi serce na boisku”. Im bardziej ktoś potrafił grać mimo bólu, kaca czy nieprzespanej nocy, tym większym cieszył się szacunkiem.

Gra „na blokadzie” była traktowana jak wyraz oddania drużynie, nie jak ryzykowanie zdrowia. Publiczność również kochała takie historie: zawodnik po całonocnej imprezie strzelający gola stawał się bohaterem anegdot na lata. Mało kogo interesowało, że z 10 takich sytuacji jedna kończyła się sukcesem, a dziewięć – słabym występem lub kontuzją.

Brak psychologów sportu i specjalistów od mentalu powodował, że stres, presję czy konflikty rozładowywano chaotycznie: alkoholem, agresją w szatni, drwiną. Zawodnik, który przejawiał refleksyjność, przyznawał się do lęku lub chciał indywidualnych rozmów o swojej formie, często był niezrozumiany. O wiele łatwiej było schować się za maską żartu, papierosem i kolejnym kieliszkiem.

Ten kodeks „twardziela” miał swoją cenę. Wielu piłkarzy kończyło kariery zniszczonymi stawami, przewlekłymi problemami zdrowotnymi i nierozwiązanymi problemami psychicznymi. Część z nich dopiero po latach przyznawała, że styl życia z młodości odbija się na nich do końca życia.

Nocne życie piłkarzy – scenariusze z wyjazdów, zgrupowań i miasta

„Po meczu do rana” – typowy wieczór drużyny lat 70.

Mecz wyjazdowy kończy się około 18:00. Zespół wraca do hotelu albo ośrodka. Kolacja, kilka kurtuazyjnych słów trenera, czasem szybka analiza meczu „na gorąco”. O 20:00 formalna część dnia się kończy. W teorii zawodnicy powinni odpoczywać przed podróżą powrotną, w praktyce zaczyna się druga połowa dnia – ta poza kontrolą trenera.

Najpierw mała grupka idzie „tylko na jedno piwo”. Dołączają koledzy, ktoś zaprasza znajomych, pojawiają się lokalni działacze. Około północy stół jest już pełen szklanek. Rozmowy o meczu mieszają się z prywatnymi tematami. Jedni ograniczają się do symbolicznej ilości alkoholu, drudzy tracą rachubę. Różnica między tymi grupami często nie ma odzwierciedlenia w ocenie trenera – o ile następnego dnia wszyscy stawią się na zbiórkę.

Scenariusz dla organizmu jest prosty: alkohol, późny posiłek, mało snu. Sen przerywany hałasem, gorszej jakości, skrócony do kilku godzin. Rano śniadanie „na siłę” i podróż autokarem. Tętno podwyższone, odwodnienie, rozregulowany poziom cukru we krwi. Z perspektywy wydolności to przepis na spadek jakości treningu przez kolejne 1–2 dni, ale wtedy nikt nie patrzył na to w takich kategoriach.

Integracyjny wymiar tych wieczorów był realny. Zawodnicy zacieśniali więzi, dochodziło do szczerych rozmów, rozwiązywano konflikty, które w klubie narastały tygodniami. Problem w tym, że odbywało się to kosztem regeneracji. Dziś podobne „team buildingi” organizuje się poza sezonem lub z kontrolą dawki alkoholu i czasu trwania. W latach siedemdziesiątych działo się to zwykle w środku sezonu, między jednym a drugim meczem.

Kiedy zabawa wymykała się spod kontroli

Nie każdy wieczór kończył się spokojnym powrotem do hotelu. Zdarzały się scenariusze, w których część drużyny wracała nad ranem, czasem w stanie uniemożliwiającym normalny trening. Spóźnienia na poranny rozruch oznaczały karne bieganie, kary finansowe, a często także trwałe napięcia z trenerem.

Z punktu widzenia boiska konsekwencje były proste i brutalne:

Z punktu widzenia boiska konsekwencje były proste i brutalne: spadek intensywności biegu, gorsza orientacja przestrzenna, wolniejszy czas reakcji. Zawodnik, który tydzień wcześniej „przykrywał” całe skrzydło, nagle jest spóźniony o pół kroku do każdej piłki. Dla oka laika to „słabszy dzień”, ale fizjologicznie to suma odwodnienia, niedoboru snu i rozregulowanego układu nerwowego po alkoholu.

Do tego dochodziła podatność na kontuzje. Mikrourazy, które przy pełnej regeneracji zostałyby naprawione w 24–48 godzin, po nieprzespanej nocy kumulowały się. Mięsień nie zdążył się odbudować, ścięgno było gorzej ukrwione, a układ nerwowy działał jak na „przeciążonym procesorze”. W takich warunkach ostry sprint czy nagły zwrot przy wysokiej prędkości stawał się ruletką: albo akcja życia, albo zerwany mięsień dwugłowy.

Były też skutki organizacyjne. Trener, który widział, że połowa składu „nie dowozi” na rozruchu, tracił zaufanie do grupy liderów w szatni. Zaczynały się rotacje w składzie, wewnętrzne podziały, narady działaczy. Paradoks: kilku piłkarzy, którzy trzymali reżim, cierpiało sportowo z powodu nocnego stylu życia kolegów, bo wyniki całej drużyny leciały w dół, a z nimi premie, zainteresowanie kibiców i mediów.

Na poziomie wizerunku klubowego nocne ekscesy były przez lata zamiatane pod dywan. Brak kamer w telefonach nie oznaczał jednak braku świadków. Barmani, kelnerki, lokalni kibice tworzyli własne „bazy danych” o konkretnych zawodnikach. Gdy forma sportowa spadała, łatka imprezowicza tylko przyspieszała decyzję o odsunięciu z pierwszego składu lub transferze. Nie na podstawie analiz danych, tylko podsłuchanych historii z miasta.

Zgrupowania: między „obozem pracy” a wakacjami

Zgrupowania przed sezonem miały być okresem ciężkiej pracy i budowania fundamentów pod cały rok. W praktyce często wyglądało to jak sinusoidy: dzień ostrego treningu, wieczór „w nagrodę”; dwa dni reżimu, trzeci dzień luźniejszy, zakończony wizytą w lokalnym barze. Brak precyzyjnego planowania obciążeń (periodyzacji) powodował, że trenerzy operowali bardziej intuicją niż danymi.

Mechanizm był powtarzalny. Rano – bieganie po górach, interwały, elementy siłowe. Po południu – trening z piłką. Organizm dostawał bardzo mocny bodziec, który wymagałby jakościowego snu i dobrze ułożonej diety. Zamiast tego wieczorem pojawiał się alkohol, późne jedzenie, czasem papierosy. Bodziec treningowy w połączeniu z brakiem regeneracji produkował przetrenowanie zamiast progresu. Zawodnik czuł się „zajechany”, a w klubie mówiono, że „obóz był naprawdę solidny”.

Dochodziły także kwestie psychiczne. Odcięcie od rodzin, nuda po treningach, brak zorganizowanych form regeneracji (basen, odnowa, praca z psychologiem) powodowały, że część piłkarzy traktowała wieczorne wyjście jako jedyną „wentylację”. Zespół, zamiast uczyć się wspólnej pracy pod presją, uczył się wspólnego odreagowywania w barze. Krótkoterminowo cementowało to relacje, długofalowo budowało destrukcyjne wzorce.

Miasto jako „drugi stadion”

W klubach z dużych miast miasto stawało się drugim, nieformalnym stadionem. Piłkarze mieli swoje stałe trasy: od konkretnej restauracji, przez ulubiony bar, po klub muzyczny. Właściciele lokali traktowali ich jak magnes na klientów – darmowe drinki, „specjalne stoliki”, prywatne wejścia tylnymi drzwiami. Każdy taki przywilej obniżał barierę wejścia w nocny tryb życia, bo koszt startu był praktycznie zerowy.

Kiedy miasto staje się pułapką

Miasto dawało anonimowość, ale tylko pozorną. Zawodnik, który regularnie pojawiał się w tych samych lokalach, szybko stawał się elementem lokalnego „systemu plotek”. Kelner, który wie, że piłkarz wychodził z klubu nad ranem, a następnego dnia widzi go w telewizji, tworzy własne narracje. Gdy przez kilka tygodni forma gracza leci w dół, te opowieści zaczynają funkcjonować jak nieoficjalne raporty scoutingowe.

Mechanizm był prosty: najpierw sympatyczne zaczepki („Pan to chyba częściej u nas niż na treningu”), potem ironiczne komentarze działaczy („Znów cię widzieli na mieście”), w końcu realne konsekwencje przy negocjacji kontraktu. Nie potrzeba było żadnych dowodów, nagrań ani wyników badań wydolnościowych. Wystarczyła etykieta – raz przypięta, wracała przy każdym słabszym meczu.

Drugi element tej pułapki to rytm dnia. Nocne życie oznaczało przesunięcie całego „zegarowego” układu zawodnika (rytmu okołodobowego): późne zasypianie, rozregulowaną porę największej aktywności, chroniczne niedosypianie. Zawodnik, który w dniu meczu funkcjonował fizjologicznie jak ktoś z jetlagiem, mógł mieć pojedyncze świetne występy, ale rzadko utrzymywał stabilną formę przez cały sezon.

Jedzenie bez dietetyka: od schabowego do „byle się najeść”

Standardowy talerz piłkarza lat 70.

W praktyce jadłospis większości piłkarzy składał się z tego samego, co na stołach reszty społeczeństwa: ciężkie śniadanie lub w ogóle jego brak, syty obiad z dużą ilością tłuszczu i węglowodanów, późna kolacja. Parametry takie jak podaż białka na kilogram masy ciała, indeks glikemiczny posiłku czy timing węglowodanów wokół meczu po prostu nie istniały w języku szatni.

Typowy scenariusz meczowy wyglądał tak: przed południem – lekkie śniadanie lub nic („żeby nie być zamulonym”), 3–4 godziny przed meczem – duży, ciężki obiad. Zestaw: zupa, mięso w panierce, ziemniaki, surówka. Z perspektywy dzisiejszej dietetyki to posiłek o dużej objętości, wysokiej zawartości tłuszczu, spowalniającej trawienie, i bez precyzyjnego dostrojenia ilości węglowodanów do późniejszego wysiłku.

Efekt? Część zawodników wychodziła na boisko z uczuciem ciężkości, część była już głodna pod koniec meczu – zależnie od indywidualnego tempa trawienia. Nikt tego nie monitorował ani nie personalizował. Jeśli ktoś „źle zareagował” na obiad, tłumaczono to nerwami, pogodą lub formą dnia, a nie konstrukcją posiłku.

Brak indywidualizacji i przypadkowa suplementacja

Bez dietetyków i wiedzy o różnicach metabolicznych traktowano wszystkich tak samo, niezależnie od tego, czy ktoś był szybkim skrzydłowym o niskim poziomie tkanki tłuszczowej, czy wolniejszym, cięższym stoperem. Talerze na klubowych stołówkach wyglądały identycznie. Różnice w zapotrzebowaniu energetycznym, tolerancji na laktozę czy reakcjach na konkretne produkty były pomijane, bo nikt nie miał narzędzi, żeby je diagnozować.

Suplementacja, w dzisiejszym rozumieniu (elektrolity, napoje izotoniczne, żele energetyczne, białko serwatkowe), praktycznie nie istniała. Jeśli coś „dodawano”, to głównie w formie multiwitamin w tabletkach lub domowych sposobów: miód, cukier w herbacie, kawa przed meczem. Zdarzało się, że zawodnicy eksperymentowali na własną rękę – jedni jedli tabliczkę czekolady przed wyjściem na murawę, inni wypijali słodką lemoniadę. Bez zrozumienia tempa wchłaniania glukozy i fruktozy, było to łapanie energii na ślepo.

Uwaga: z punktu widzenia mechaniki wysiłku o wysokiej intensywności kluczowy jest dostępny glikogen mięśniowy (forma magazynowania węglowodanów). W latach siedemdziesiątych nikt go nie mierzył, nie planował tzw. ładowania węglowodanami, a zawodnicy często zaczynali mecz bez pełnych „magazynów”, bo poprzedniego dnia zjedli tylko skromną kolację po wyjściu na miasto.

Nawodnienie: między herbatą a piwem

Nawodnienie to kolejny obszar, który funkcjonował raczej na poziomie obyczajowym niż naukowym. Powszechne było ograniczanie picia przed meczem, żeby „nie mieć ciężkiego żołądka”. W przerwie podawano wodę lub herbatę z cukrem, czasem słodzone napoje gazowane. Sód i inne elektrolity, tracone wraz z potem, nie były systematycznie uzupełniane, co zwiększało ryzyko skurczów, spadku mocy i problemów z koncentracją.

Po meczu standardem było piwo „na rozluźnienie” lub mocniejszy alkohol, który pełnił rolę nagrody i wentyla dla stresu. Z perspektywy fizjologii to połączenie odwodnienia wysiłkowego z działaniem diuretycznym (zwiększającym wydalanie wody) alkoholu. Organizm, który powinien odbudowywać płyny i glikogen, dostawał kolejny bodziec rozregulowujący gospodarkę wodno-elektrolitową.

Tip: patrząc na to z dzisiejszej perspektywy, można łatwo zrozumieć, dlaczego część piłkarzy „gasła” w końcówkach meczów, mimo że trenowała ciężko. To nie zawsze kwestia charakteru czy „serca do gry”, lecz zwykłej biochemii – mięśnie bez odpowiedniej ilości wody i elektrolitów pracują jak silnik na rezerwie.

Jak jedzenie wpływało na długość kariery

Dieta oparta na ciężkich tłuszczach, braku kontroli masy ciała i niewystarczającej podaży białka do regeneracji była jednym z cichych zabójców długich karier. Zawodnik, który przez kilka sezonów utrzymywał masę ciała znacznie powyżej optymalnej dla swojej pozycji, narażał stawy, kręgosłup i ścięgna na stałe przeciążenia. W połączeniu z grą „na blokadach” i brakiem precyzyjnej regeneracji tworzyło to mieszankę, która przyspieszała zużycie organizmu.

Różnice w długości kariery między piłkarzami, którzy intuicyjnie jedli lżej, a tymi, którzy bezrefleksyjnie korzystali z obfitości lokalnych kuchni i alkoholu, stawały się widoczne dopiero po latach. Pierwsi częściej potrafili utrzymać przyzwoitą dynamikę po trzydziestce, drudzy zderzali się z barierą bólu, nadwagi i spadku szybkości. W czasach, gdy nie istniały wyspecjalizowane programy przedłużania kariery, odpowiednie nawyki żywieniowe bywały jedynym „naturalnym” buforem bezpieczeństwa – choć rzadko kto zdawał sobie z tego sprawę.

Od kuchni klubowej do prywatnych wyborów

Organizacja wyżywienia często kończyła się na prostym zapewnieniu ciepłego posiłku po treningu lub przed meczem. Reszta – śniadania, kolacje, jedzenie w dni wolne – zależała od domowych nawyków i zawartości portfela. Zawodnicy pochodzący z rodzin o bardziej świadomych przyzwyczajeniach kulinarnych (więcej warzyw, mniej smażenia, regularne posiłki) mieli nieformalną przewagę, choć nikt tego tak nie nazywał.

Typowy dzień wolny ilustruje, jak prywatne wybory psuły cały tygodniowy rytm treningowy. Po sobotnim meczu – nocne wyjście, późne jedzenie. W niedzielę pobudka w południe, pominięte śniadanie, obfity obiad, czasem kolejny alkohol przy rodzinnym spotkaniu. W poniedziałek organizm wciąż „odkręcał” weekend, a trener wymagał intensywnego treningu. W nowoczesnym planowaniu periodyzacji taki weekend byłby rozpisany co do